Na początku myślałam,że mam zamknięte oczy,ale potem zobaczyłam drzewa. Były koszmarnie powykręcane,a ich niebieskie pnie i liście świeciły. Gdyby nie one,panowałaby tu nieprzenikniona ciemność.
A ja zawsze bałam się ciemności.
Wolnym krokiem podeszłam do najbliższego drzewa,dotknęłam jego kory,która była idealnie gładka,mając dziwne wrażenie,że oddycha.
Nagle przypomniałam sobie,że powinnam uciekać. Ale skoro te istoty jeszcze mnie nie dogoniły,to nie musiałam się martwić....
Tak przynajmniej myślałam.
Stały dokładnie tam,gdzie ja wcześniej. Nie odważyły się jednak zaatakować,jakby się czegoś bały. Zrobiłam kilka kroków od drzewa,a potwory drgnęły. Im bardziej się oddalałam od drzewa,tym bardziej przestawały się bać. Ruszyły wolno w moją stronę,ale ja zdążyłam ponownie schronić się pod drzewem.
Wyjdź,zasyczały.
-Nie,póki nie powiecie mi,kim jesteście. I co ode mnie chcecie-powiedziałam.
Istoty zaczęły syczeć,po czym jedna z nich przemówiła.
Jesteśmy vorbinati. Kiedyś byłyśmy ludźmi,ale stało się coś strasznego.
-Dalej-warknęłam.
Stałyśmy się czymś gorszym od potworów. Nie jesteśmy ani potworami,ani ludźmi. Jesteśmy niczym.
Ogarnął mnie żal. Ale nie zamierzałam się nad nimi zlitować.
Pewnego dnia wyruszyłyśmy,by naprawić to,co zepsułyśmy. Znalazła nas pewna dziewczynka. Chciałyśmy się na nią rzucić,ale ona uniosła rękę i zamknęła oczy. Stałyśmy się jej posłuszne. A ona obiecała nam lepsze życie,o ile wykonamy jej jeden,jedyny rozkaz.
-Jaki?
Musieliśmy sprowadzić jej dwójkę ludzi.
-Po co?-przestałam oddychać przy słowie ,,dwójkę". Gdzie był Warren?
Nie wiemy.
-Przykro mi,ale nie wyjdę.
Vorbinati ruszyły do przodu,a ja nie wiedziałam,czy odważą się do mnie podejść,czy chcą mnie sprowokować do ucieczki i odciągnąć od drzew. Stałam przy drzewie i czekałam,aż mnie dosięgną. Jeszcze raz dotknęłam kory drzewa,zamknęłam oczy...
A potem drzewo zniknęło. Na jego miejscu stał niebieski,świecący smok.
-Te drzewa to..smoki?-powiedziałam na głos.
Smok patrzył na mnie,jakby zniecierpliwiony. A vorbinati były coraz bliżej. Wspięłam się na olbrzymiego gada,wtuliłam się w jego szyję,a on uniósł swoje ogromne skrzydła i uniósł się w powietrze.
Nie.
Vorbinati padły na kolana w tym samym czasie,po czym zmieniły się w pył.
Lot na smoku był niesamowity. Przypominał jazdę na rowerze,ale w powietrzu. A smok wydzielał w dodatku przyjemne ciepło.
Lecieliśmy tak kilka godzin,może nawet więcej,mijając setki drzew-smoków,przedzierając się przez powietrze i wykonując akrobacje. Czułam,że nie muszę się obawiać smoka,że mnie polubił.
***
Lot właśnie stawał się monotonny,kiedy zobaczyłam coś innego niż drzewo,smok i ciemność. Z ziemi wyrastała mała stokrotka.
Po kolejnej godzinie ujrzałam gąszcz tulipanów,a po jeszcze następnej-całą łakę. Gdzieniegdzie rosły normalne już drzewa,a światła cały czas przybywało. Smok zaczął opadać,po czym znaleźliśmy się na ziemi.
-Dziękuję-powiedziałam do smoka.
A on odleciał.
Gdzieś dalej majaczyło miasto,a ja z wrażenia nie mogłam się poruszyć. Byłam u siebie? Postanowiłam się ruszyć. Miasto było coraz bliżej,a ja dostrzegałam po drodze dziwne rzeczy. Jakie motyle zabijają muchy? Jakie ptaki mają łuski?
Po kilkunastu minutach stałam już pod jednym z domów. Odważyłam się zapukać,po czym czekałam.
I czekałam.
Zerknęłam przez okno i zobaczyłam starszą kobietę,która zamiatała pokój.
-Proszę pani!-krzyknęłam.
Na pewno mnie słyszała,ale nie zwróciła na mnie uwagi.
-Proszę pani!
***
Na ulicach nie było żywej duszy. Pukałam do każdego następnego domu,ale nikt nie otworzył.
Co było nie tak z tym miasteczkiem?
Nagle z jednego domu wyszedł mężczyzna. Trzymał kosz.
-Dzień...-zaczęłam,ale mężczyzna nawet nie zauważył,że istnieję. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Zrobiłam coś niewyobrażalnie głupiego.
Wyrwałam koszyk mężczyźnie,a on usiadł i wtulił twarz w kolana.
-Proszę pana,musimy porozmawiać.
-Za..zakłócasz rutynę...Ciemność nie lubi...idź. Uciekaj!
Popchnął mnie i wziął swój koszyk.
Chciałam zastosować się do rady i uciekać,ale zobaczyłam....Warrena.
-Warren! O Boże,myślałam...
Ale Warren nie był zadowolony. Wyciągnął miecz.
-Dziś jeszcze nic się nie wydarzy. Ale następnym razem będziemy już wrogami. Ciemność nie będzie miała dla was litości-powiedział,po czym zniknął.
***
Gdy na niebie pojawiły się gwiazdy,postanowiłam znaleźć sobie jakieś miejsce do spania. Znalazłam starą ławkę obok jednego z domów,położyłam się na niej i zaczęłam rozmyślać o Warrenie. Co się z nim stało? Czy ja zachowywałabym się tak samo,gdyby to mnie zgarnęły vorbinati?
Nagle ktoś potrząsnął moim ramieniem. Była to kobieta.
-Wejdź-powiedziała.-Szybko.
Posłusznie weszłam do jej domu,gdzie okazało się ciepło i przytulnie. Usiadłam na krześle obok kominka,a kobieta obok.
-Czy pani mogłaby mi wyjaśnić co tu się dzieje?
Kobieta kiwnęła głową.
-Kiedyś było to normalne miasteczko. Nasze dzieci bawiły się na dworze od rana do nocy,a wszyscy dorośli byli szczęśliwi-zaczęła.-Ale z biegiem czasu pojawiła się Ciemność. Podejrzewaliśmy,że to jakaś potężna istota,która potrafiła niszczyć świat jak jakąś zabawkę. Pewnego dnia przyszła do nas mała dziewczynka,która powiedziała nam,jak uniknąć Ciemności. Musieliśmy słuchać jej rozkazów,a jej rozkaz brzmiał jasno. Kazała nam żyć w rutynie,robić to samo każdego dnia. Gdy zaczęliśmy stosować się do rutyny,dziewczynka odeszła. A Ciemność nie niepokoiła nas do tej pory.
Znowu ta dziewczynka. Kim ona była?
-A czy wie pani,jak ta dziewczynka miała na imię?-spytałam.
-Jej imię zna każdy tutaj,ale nie wolno nam go wymawiać.
Ta kobieta i tak za dużo mi pomogła.
-Dziękuję za wszystko. Naraziłam dziś was wszystkich..a wy mi pomogliście.
-Nie martw się,kochanie. Chodź,zaraz poznasz moje dzieci,są w twoim wieku.
Poszłam za nią do małego pokoiku,w którym siedziały dwie osoby.
-Dzieci,to jest...-kobieta popatrzyła na mnie.
-Larysa.
-To jest Larysa. Larysa,poznaj Katie i Tima.
Katie uśmiechnęła się pod nosem i uściskała moją ręka,a Tim kiwnął głową.
-Będziesz spała z nami w tym pokoju?-Spytała Katie,gdy ich matka wyszła z pokoju.
-Tak,chyba tak-powiedziałam.
Tim przewrócił oczami.
-Ostatnim razem,gdy przygarnęliśmy dziewczynę,sprowadziła nudę i zaczęła nam wszystkim rozkazywać.
-Ale nam pomogła-upierała się Katie.
-Słuchajcie...ja nie chcę tu zostać. Nie chcę was narażać. Dziś w nocy pójdę dalej. Mnie nie dotyczy rutyna.
-No i my pójdziemy z tobą-wtrącił Tim.-Wiesz,chyba jednak cię polubię.
-Tim! A nasza mama?-Spytała Katie.
-Ty zostaniesz i wszystko wyjaśnisz.
-Nie ma mowy. Jak już macie naruszać zasady,to ja też. Dobija mnie ta codzienna rutyna.
Uśmiechnęłam się.
-Już was lubię.
***
Minęły dwie godziny,a Katie i Tim dalej się przezywali i kłócili o to,kto przeżyje dłużej na zewnątrz. Nie zamierzałam się zakładać.
Tim wykradł trochę jedzenia z kuchni,a ja poczułam koszmarne wyrzuty sumienia.
-Nie martw się-powiedział Tim.-Moja matka to zrozumie.
Nie byłam tego pewna.
Ale jednak wyszłam razem z Timem i Katie przez okno.
I gdy cieszyliśmy się wolnością,gdy miasto zostało już za nami,rozległ się wybuch. A potem miasto zniknęło,a zamiast niego została przepaść.
Powstrzymałam się od wrzasku i płaczu,by Katie i Tim nie dowiedzieli się o tym,że przez nich ich dom już nie istnieje. Tłumiąc emocje,ruszyłam dalej.
Przygoda się dopiero zaczęła,pomyślałam.
piątek, 25 marca 2016
Drzewa i Czerń
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz