Miała na imię Markie i kochała gwiazdy.
Mieszkała w ośrodku dla sierot,gdzie dominowały dwie barwy: szarość i biel. Szare ściany. Szare łóżka. Blade i wychudzone twarze dzieci. W szaro-białych pokojach nie było nawet okien.
W budynku panowały surowe zasady,których było tak dużo,że nie dało się ich wszystkich przestrzegać.
A Markie nie przestrzegała ich w ogóle.
Co noc wymykała się z łóżka,wytrychem otwierała zamknięte drzwi od swojego pokoju i ostrożnie wychodziła,bosymi stopami muskając biały dywan.
W ośrodku było pełno kamer.Dziewczyna była jednak na tyle mądra,by znaleźć bezpieczne przejście.
Ostatnią przeszkodę stanowiły ogromne drzwi prowadzące na zewnątrz. Markie radziła sobie z nimi bez trudu.
Potem znajdowała się na świeżym powietrzu. Czuła wiatr we włosach,woń trawy,widziała drzewa kołyszące się,jakby tańczyły w rytm powolnej piosenki. Nawet stadko kruków wydawało się czymś niesamowitym dla kogoś,kto przez większość życia żył w czterech ścianach.
Pewnego dnia Markie postanowiła uczestniczyć w ważnym święcie. Święcie Czerwonej Komety. Kometa ta przelatywała nad miastem raz na sto lat,powodując ogromną sensację.
Wymknięcie się było łatwe,tak jak zwykle. W godzinę dotarła na miejsce obserwacji,gdzie ogromna ilość ludzi patrzyła w górę,na niebo.
Po kolejnej godzinie pojawiła się Czerwona Kometa.
Markie zauważyła,że kometa wygląda jak smok,który wykonuje akrobacje w powietrzu,szykując się do ataku.
Wszystko potoczyło się za szybko.
Tłum ludzi za późno uświadomił sobie co się stało. Nad ich głowami latał rozwścieczony smok,zionąc ogniem na wszystkie strony.
-To niemożliwe...-Wyszeptała Markie. Spojrzała na swoje dłonie.
,,Wyobrażam sobie,że nie ma smoka"-pomyślała. ,,Nie ma go..."
Ale potężny ryk cały czas przypominał o tym,że smok jest.
Markie zaczęła uciekać. Gdzieś za nią rozległy się wrzaski,błaganie o litość,strzały. Markie zatkała uszy. Nie obchodziło ją to,że nogami ocierała się o pokrzywy,a gałęzie biły po twarzy,gdy dobiegła do lasu. Gdy zabrakło jej tchu,oparła się o drzewo. Nagle Markie wymyśliła plan. Zamknęła oczy,a gdy ponownie je otworzyła...zobaczyła drzwi znajdujące się w drzewie.
-Gdy będę mogła TO kontrolować...wrócę-powiedziała sama do siebie. Otworzyła drzwi i przeszła przez nie. Drzwi zostały,mimo tego,że ktoś kiedyś i tak ktoś je znajdzie. Nie wspominając,że ktoś kiedyś i tak przez nie przejdzie.
wtorek, 15 marca 2016
Prolog
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz