Całą noc i dzień cały walczą o nasze serca,
a my jesteśmy wpatrzeni w siebie,
nie mamy dla nich miejsca
***
Słońce wychodziło zza gór, oświatlając kwiecistą polanę. Powietrze było czyste,a wiatr targał moimi włosami,które opadały na moją twarz. To miejsce było niesamowite.
Ubrana byłam w zwiewną sukienkę,a jej kolor był nieokreślony. Była trochę niebieska,ale zmieniając perspektywę wyglądała bardziej na szarą. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam,że jest czarna,choć po chwili wydawało mi się,że jest koloru białego.
To jednak nie był koniec dziwnych zjawisk. Nagle usłyszałam śpiew.
Zarazem smutny i radosny,opowiadał o wszystkim i o niczym. Słowa mieszały się i nie dało się wyodrębnić ani jednego.
Coś kazało mi znaleźć źródło pieśni,co nie było łatwym zadaniem. Śpiew dobiegal zewsząd.Jakby to świat spiewał.
Po chwili ruszyłam na północ,a przynajmniej tak mi się wydawało. Po wielu godzinach ujrzałam drzewo. Nogi nie bolały mnie ani trochę,a powinnam być piekielnie zmęczona.
Obok drzewa siedziała piękna,wprost idealna dziewczyna. Miała delikatne rysy twarzy,duże niebieskie oczy i brązowe włosy. Gdy się uśmiechnęła,poczułam się,jakbym wygrała na loterii.
-Pomóż mi-powiedziała.
-Ja...-niby jak miałam jej pomóc?
-Jestem Markie-po czym odpowiedziała coś cicho. Dosłyszałam jedynie ostatnie słowo-,,jutro".
Po czym Markie zaczęła wyć z bólu. Nie wiedziałam,jak jej pomóc,a krzyk narastał. Pękały mi uszy,a z nosa puściła się krew. Potem zakręciło mi się w głowie i ogarnęła mnie ciemność.
***
To był tylko sen,pomyślałam. Tylko sen.
Zwaliłam się z łóżka i chwyciłam szczotkę do włosów. Uczesałam swoje czarne włosy,ubrałam się,po czym wyszłam z domu,zamykając drzwi. Musiałam ochłonąć.
Choć starałam się nie myśleć o tym śnie,miałam wrażenie,że nie był taki zwyczajny. Czułam,że coś się dziś stanie.
Lubiłam chodzić na spacery o tej porze. Nie było wtedy samochodów i ludzi. Tylko ja i natura.
Byłam typem samotnika,który nie ma przyjaciół i chodzi własnymi ścieżkami,choć w głębi duszy chciałam mieć kogoś, z kim mogłabym porozmawiać.
Usiadłam na ławce,a natychmiast powrócił mój sen. Kim była ta dziewczyna? Jak mam jej pomóc? Czy dam radę?
Za moimi plecami rozległ się szelest. Wystraszyłam się i omało co nie spadłam z ławki.
-Spokojnie! Jestem tylko człowiekiem-to był jakiś chłopak. Nienawidzilam chłopaków.
-Co robisz o tej porze?
-Miałem dziwny sen. Musiałem...musiałem wyjść.
Wytrzeszczyłam oczy.
-Siadaj.
-Nie zjesz mnie?
Miałam ochotę go zabić,ale powstrzymałam się.
-No dobra-chłopak nie czekał na odpowiedź. Usiadł.
-Czy twój sen był o...dziewczynie?
-Byłem..na polanie...
-I usłyszałeś śpiew...
-I znalazłem...
-Dziewczynę i drzewo.
-Prosiła o pomoc...
-O Boże. Dziwniej już być nie może.
-To przeznaczenie. Jestem Warren-podał mi rękę.
-Larysa-Warren strasznie mnie irytował.
Chciałam dalej wypytywać go o sen,ale on wyciągnął książkę i zaczął czytać. Z ciekawością odczytałam kilka pierwszych zdań:
Wstęp
Legenda głosi,że istniało kiedyś miasto,w którym żyła wyjątkowa dziewczynka. Miała niesamowity dar,ale nie wiedziała,jak go wykorzystać. Miała ogromną wyobraźnię,jako jedyna umiała marzyć i nie żyła w rutynie. Odkryła wiele sekretów miasta. Nawet o tym nie wiedziąc. A były to mroczne sekrety...dziewczynka jednak zaginęła,a miasto zostało zburzone.
Skrzywiłam się.
-Czyżby temat tej książki ci nie odpowiada?-spytał Warren.
Potem mruknął sam do siebie coś w stylu ,,następnym razem przyniosę ci jakieś romansidła".
-Nie lubię romansideł-wycedziłam.
Po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Postanowiliśmy przejść się po lesie,który znajdował się około pół kilometra stąd. Po drodze kupiliśmy sobie hot-dogi i opowiadaliśmy sobie marne dowcipy.
Ale dalej trzymałam się swojego postanowienia. Żadnych przyjaciół.
W lesie było spokojnie i przyjemnie. Tropiliśmy zwierzęta,zbieraliśmy grzyby,spacerowaliśmy.
Na moment zapomniałam o moim śnie. A on najwyraźniej o swoim również.
-Zaraz wracam-powiedział w pewnym momencie Warren.
Nie wrócił po dwóch godzinach,a na niebie zaczęły pojawiać się gwiazdy.
Postanowiłam go poszukać.
-Warren?
Zaczęło robić się zimno. Zadrżałam.
-BARDZO ZABAWNE,WARREN!
Coś zaszeleściło za moimi plecami.
-Ty głupi...
To nie był Warren.
Patrzyły na mnie trzy istoty. Nie miały twarzy,a ubrane były w obszarpane łachy. Ich skóra była czarna.
Brać ją,rozległ się syk. Jakim cudem mówiły,skoro nie miały twarzy?
Byłam zbyt przerażona,by uciekać. Postacie chwyciły mnie,a ja nawet nie wiedziałam,że można mieć tak silny uścisk. Dostałam w twarz,wszystko zakręciło mi się w głowie...ale nie zemdlałam.
Drzwi.
Nie wiedziałam,ile czasu minęło. Znaleźliśmy się przed olbrzymim drzewem,w którym...nie,to nie mogą być...
Dziewczyna pierwsza.
Jedna z istot popchnęła mnie,a ja omało co nie wywróciłam się i nie złamałam ręki.
Otwórz drzwi.
Ostrożnie pchnęłam drzwi,a one otworzyły się posłusznie. Przeszłam przez nie.
I zaczęłam spadać.
W dół.
I w dół.
Wiedziałam,że umrę. Roztrzaskam się o ziemię,nikt nie znajdzie mojego ciała...
Wszystko wokół mnie zaczęło się kręcić. Potem ujrzałam ptaki,mnóstwo niebieskich ptaków,które dziobały mnie po twarzy i rękach. Byłam za słaba,by się bronić.
A potem spadłam prosto na olbrzymią poduszkę. I zemdlałam.
***
Gdy się obudziłam,zobaczaczyłam coś,co sprawiło,że wrzasnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz